Stara szkoła vs. Nowa szkoła dietetyki

Ostatnio coraz częściej rozbrzmiewają dyskusje i przepychanki dotyczące żywienia, a konkretnie progresu teorii żywieniowych na płaszczyźnie –  kiedyś i dziś.Z jednej strony mocno krytykuje się tzw. „starą szkołę”, wytykając jej szereg merytorycznych błędów, utartych mitów, braku podstawowej wiedzy akademickiej oraz naukowej.

Z drugiej zaś, wraz z rozwojem tej „nowej wiedzy” postępuje coraz więcej patologii zdrowotnych. W swojej pracy spotykam szereg osób, podopiecznych (naprawdę bardzo wysoki odsetek), z wszelkiej maści problemami metabolicznymi, stanami chorobowymi tarczycy, rozregulowaną glikemią, syndromem „wyczerpanych nadnerczy” (nazwa potoczna), zburzeniami żywienia, itd. Skąd więc wszystkie te przypadłości? W czym tkwi problem? Czy rzeczywiście „nowe trendy żywieniowe” tak mocno górują nad „starą szkołą”?

Pozwólcie, że przedstawię to na własnym przykładzie – osoby, która otarła się o oba nurty. Zaczynałem swoją przygodę z żywieniem sportowym, gdy jedyną słuszną drogą tzw. „czystego” dietetycznego żywienia był kurczak z ryżem i oliwą. 6 posiłków dziennie, śniadanie jako najważniejszy posiłek w ciągu dnia, kolacja – obowiązkowo bez węglowodanów (bo tuczą na noc), no i redukcja oparta zawsze na dietach nisko węglowodanowych i nisko tłuszczowych (nie było czymś złym przedstartowo ścinanie tłuszczy nawet do zera!).

Żeby było jasne – w żadnym wypadku nie nazywam się przedstawicielem „starej szkoły”, a jedynie osobą, która zahaczyła o te nurty. Piszę to, ponieważ do prawdziwych graczy i weteranów sceny zawodniczej, a także osób mogących nazwać ojcami metod przygotowawczych i żywieniowych dla zawodników brakuje mi co najmniej lat świetlnych. Chyle przed nimi czoła bo większość z nich to moi idole, a część to nauczyciele byli i… obecni (tak, nadal maja coś do przekazania, a ja chętnie słucham, uczę się i szanuję). Nazwisk wymieniał nie będę, ponieważ każdy wie kim są ikony. 🙂

Dlaczego „nowa szkoła” tak mocno odbiegła od założeń ogólnie przyjętych wcześniej norm? Ponieważ w pewnym momencie nastąpił wielki bum i Polska otworzyła się na świat pod kątem wiedzy. Setki nowych badań, analiz, dostęp do literatury fachowej i grono osób mających czas i chęci na przełożenie badań i tekstów z innych języków wyciągnęło wnioski i nauczało dalej (ukłon w stronę tych osób, które zapoczątkowały zmiany i rozwój tej dziedziny).

Teraz ktoś może powiedzieć: „No to czemu chłopaki z Old School nie przyjęli tego? Tkwili i dalej tkwią przy swoim?”. Odpowiedź jest prosta. „Bo po co?”. Jeśli coś działało, przynosiło efekty i dawało pozytywny skutek to jednak był w tym jakiś sens. W myśl zasady, jeśli coś działa to się tego nie zmienia. A jak powiedział mi kiedyś pewien szanowany trener „Ja nie mówię o zdrowym żywieniu, ja mówię o efektywnym żywieniu”.  Ja się z tym w 100% zgadzam. 🙂

Dodajmy jeszcze, że osoby, które tu pozwalam siebie nazwać „weteranami” po prostu nie mieli możliwości zdobywania tylu informacji,  do których my mamy dziś powszechny dostęp. Kluczowe, a jednak nie często zauważalne jest, iż te osoby NIE NAZYWAJĄ SIĘ DIETETYKAMI lecz sportowcami i trenerami. Nie stosują „leczenia”, a jak pisałem wcześniej w jednym z cytatów, dają efektywne sportowo przepisy na formę. Nie adresują ich do ludzi chorych lub dotkniętych stanami chorobowymi. Czy robią więc coś złego? Nie! Robią swoje, w swoim zakresie.

Do rzeczy. Jak wspomniałem nurt przewodni przedstawię na sobie. Mój pierwszy kontakt z tak zwaną „Dietą sportową” sięga –  o ile dobrze pamiętam – roku 2009, co dało swój skutek w debiucie zawodniczym w 2012 roku. Magia przygotowań wyglądała bardzo prosto, idealnie schematycznie jak pisałem na wstępie. Ryż, kurczak, low carb, low fat, dużo aerobów, masa treningów. Forma wyszła, jaka wyszła.

Powtórzyłem to w 2013 r., jeszcze rygorystycznej podchodząc do tematu, rzekłbym nawet skrajnie rygorystycznie (mój ówczesny trener, przy naszej ostatniej rozmowie skomentował to słowami: „Co myśmy wtedy odpier…ali”). Ale forma była na poziomie medalu Mistrzostw Polski! Kolejne lata – schemat powtórzony. Zajazd, rygor, forma godna zawodnika. No i przyszły lata wielkiego BUM w rozwoju teorii żywieniowych.

innowacyjne diety

Nowe szkoły, nowe podejścia, nowe badania, negowanie starych teorii, obalanie mitów. Ja również się tym zaraziłem i stwierdziłem, że rozwój musi być testowany na sobie.  Wiecie co jest najciekawsze? Od tamtego czasu nie powtórzyłem życiowej formy z 2014 roku 🙂 Paradoks. Aczkolwiek daje to mocno do myślenia. Co w takim razie jest nie tak?

1. NOWE TEORIE nie podparte badaniami

Spójrzcie, jak często słyszymy teraz określenie „moda żywieniowa”. Ktoś puszcza hasło – to działa! Ktoś posiadający ogromny autorytet – i od razu mamy setki osób przekonanych do danej metody. Bez sprawdzania rzetelności, bez podwalin badań, bez doświadczeń. Efektem tego wchodzimy na głęboką wodę, często sami robimy z siebie króliki doświadczalne. Niestety częściej mamy tego negatywny skutek. Efekt mody jest bardzo zgubny.

2. SKRAJNOŚCI

Zwróćcie uwagę na popularny schemat panujący kiedyś w „zdrowym, kulturystycznym” posiłku. Ryż, kurczak, oliwa… Przypomina mi to tzw. podstawowy schemat diety zbilansowanej! Co mamy obecnie? Low Carb lub High Carb. Diety kriogeniczne, tłuszczowe lub niskotłuszczowe. 6 posiłków lub skrajny IF (okna żywieniowe). Przechodzimy ze skrajności w skrajność, dając składniki albo w minimalnej ilości, albo kosmicznie wysokiej! Warto zauważyć, że często spotyka się spory, która z nich jest najlepsza. Odpowiedź jest prosta – każda i żadna!

Wszystkie modele żywieniowe maja swoje zalety, ale skierowane są do określonej grupy osób i przypadków zdrowotnych. Jaki np. odsetek 100 rozpisanych diet tłuszczowych sprawdzi się u losowo wybranych osób? 5, 10? Mamy niestety wiele nietrafionych indywidualnie systemów.

Wracając natomiast do podstaw, możemy przeanalizować ten przykład na 100 osobach z przepisaną dietą zbilansowaną, opartą na absolutnej podstawie, w której mamy wszystkie makroskładniki. Jestem przekonany, że ten odsetek „trafnego” żywienia zwiększy się mocno! A to właśnie miało miejsce.

3. SOCIAL MEDIA, a zdrowa dieta

Brzmi abstrakcyjnie, ale jako osoba, która trochę mocniej siedzi w tym świecie mogę w pełni obiektywnie powiedzieć, że wpływ internetu, profili sportowych, Facebooka oraz Instagrama wywarł ogromny wpływ na „złe relacje z jedzeniem”. Wiecie w czym tkwi problem? W pojęciu CAŁY CZAS W FORMIE.

Pamiętam swoje pierwsze starty, gdzie schemat był prosty: MASA – REDUKCJA – MASA – REDUKCJA, itd. Dziś natomiast zastąpiono to schematem: REDUKCJA – PRZYTRZYMANIE FORMY – REDUKCJA, ponieważ świat mediów, pokazywanie na bieżąco relacji ze swojego życia oraz zdobywanie fanów wymaga ciągłej formy.

Problem ten śmiało można odnieść do plagi problemów natury metabolicznej u sportowców. Naprawdę kiedyś nie było tego aż tyle! Powodem niewątpliwie jest trzymanie organizmu na ciągłej formie, ciągłym niskim poziomie body FAT, ciągłym niedożywieniu, co finalnie skutkuje takim, a nie innym odzewem zdrowotnym.

Kilka lat temu logicznym był schemat jaki napisałem, czyli po redukcji (które były bardziej skrajne), był obowiązkowy okres „masy”, dożywienia. Dawało to lepszą możliwość utrzymania właściwego stanu organizmu, co jest niemożliwe przy schemacie „cały rok w formie”.

4. IIFYM, CHEAT MEAL

Obecnie praca dietetyka nierozerwalnie związana jest ze zmaganiem się z różnego rodzaju chorobami „cywilizacyjnymi”, natury autoimmunologicznej i patologiami dotyczącymi glikemi, tarczycy, itd. Niestety, ale nawet 89-90% tych stanów patologii związanych jest z jedzeniem i jego jakością, a u osób trenujących każdy czynnik zapalny – alergen podany wraz z pokarmem – jest zdecydowanie większym zagrożeniem. Być może „stara szkoła” nie grzeszyła różnorodnością, była jednak dla naszego organizmu często bezkonfliktowa, a już na pewno bardziej bezkonfliktowa aniżeli IIFYM złożony z pączków, ciastek i nutelli. 🙂

5. A CO Z NIEDOBORAMI?

Tu rzeczywiście lekki strzał w dawne metody żywienia i ubogą dietę, która generowała niedobory. Mięso ograniczone do kurczaka, brak owoców, tylko ryż jako węglowodany, monotematyczne źródła tłuszczy… Wszystko to było niedoborowe, co bardzo mocno wpływało na patologie przetaczające organizm oraz stany anemii.

Dziś mamy zdecydowanie większy wachlarz wiedzy na temat produktów i sensowniej urozmaicamy zdrową dietę, czyniąc ją mocno bogatą odżywczo, co jest zdecydowanym plusem, ale często zdarza nam się również przesadzać aż nadto w tę złą stronę – patrz punkt numer 4.

6. CO Z RZETELNOŚCIĄ?

Pamiętam swoje pierwsze plany przygotowane przez trenera, w których było jasno rozpisane: 6 posiłków – każdy dokładna gramatura – jasno powiedziane, że śniadanie ma być 30 min po przebudzeniu, posiłek przedtreningowy i potreningowy odpowiednio w ramach czasowych itd. Dziś badania jasno mówią, że liczba posiłków może wahać się od 3 do 4 dziennie, a śniadanie wcale nie jest najważniejsze, ba! można je nawet pominąć! Po treningu nie muszę jeść w szatni, mogę  zrobić to w domu nawet 2 godziny później.

Niestety zachowania te poszły w stronę skrajności tj. śniadanie raz zjemy, a raz nie zjemy. Posiłek połączymy z innym bo nie mam czasu, po treningu nie zjemy, bo w sumie okno anaboliczne trwa nie 1 h tylko nawet 24 h… Skutkiem tego jemy 2x dziennie po 1500 kcal na posiłek, a że wystarczy jak makro się zgadza (patrz pkt 4) to potreningowo w sumie delicje szampańskie ze snickersem popite białkiem zastąpią nam steka z ziemniaczkami… Niestety, znowu idziemy w skrajności.

7. WŁASNA INTERPRETACJA

Jeżeli dotrwaliście do tego punktu, oznacza to, że większość z Was ma w głowie myśl, dotyczącą „Nowej szkoły dietetyki”, której problem nie leży bezpośrednio w niej samej lecz w interpretacji i naginaniu pod siebie jej założeń. Nastała dominacja skrajności i to właśnie tutaj tkwi największy problem!

PODSUMUJMY:

Czy dietetyka poszła w złą stronę ? NIE! NIC BARDZIEJ MYLNEGO. Mamy ogrom wiedzy, rozwijamy się, z roku na rok jesteśmy o kamień milowy do przodu jeżeli chodzi o kształcenie z zakresu dietetyki. Kiedyś nie do pomyślenia było interpretowanie badań przez żywieniowców – teraz mamy grono osób, które bardzo skutecznie wspierają się nimi układając profesjonalne jadłospisy.

Mamy narzędzia, wiedzę, możliwości ciągłego doskonalenia, ale także – niestety -zmysł do przekombinowania. Ulepszamy metody, które nie potrzebują ulepszeń, niekiedy do tego stopnia iż stają się szkodliwe z uwagi na zbyt dużą radykalność. Niestety dietetyka idzie też w stronę sensacji, która świetnie się sprzedaje. I to właśnie tu jest największy problem.

A co na to Old School? Mniej nowinek, rewolucji, szukania Złotego Gralla, zamiast tego 100% realizacja planu oraz ciężka praca bez udziwnień 🙂

Odpowiadając na pytanie – Nowa szkoła vs. Stara szkoła? W mojej ocenie – nowa szkoła – z racji ogromu wiedzy, stara szkoła – z racji konsekwencji i rzetelności realizowania planu.

Dobra dieta ma jeden wspólny czynnik. MUSI BYĆ STOSOWANA rzetelnie, nie ważne czy metodyką  „STAREJ CZY NOWEJ SZKOŁY”.

A co Wy sądzicie na ten temat? Czekam na Wasze opinie, których – nie ukrywam – jestem bardzo ciekaw 😊

Stara szkoła vs. Nowa szkoła dietetyki
4.8 (95.29%) 17 votes
pg

Podobne Newsy